Menu pionowe

Szukaj

Kategorie

  • Brak kategorii

Rosja musi zapłacić Czeczenom. Decyzja Trybunału w Strasburgu

rik, IAR 18.12.2012 , aktualizacja: 18.12.2012 20:12 www.gazeta.pl

Rosja musi wypłacić pięciu czeczeńskim rodzinom, ponad 500 tysięcy euro odszkodowania i zadośćuczynienia. Taki jest wyrok Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu, który po raz kolejny rozpatrzył skargi złożone przez Czeczenów. Po raz pierwszy Trybunał uznał, że skargi mają charakter systemowy i zalecił Rosji dokonanie zmian prawa w celu skutecznej ochrony praw człowieka i zahamowania lawiny skarg.

Zdaniem sędziów, skarżący: rodzice, rodzeństwo i żony zaginionych, przedstawili spójne i zgodne relacje dotyczące uprowadzenia ich bliskich. Przed dziesięciu laty mężczyźni zostali zabrani ze swoich domów przez zamaskowanych rosyjskich żołnierzy. Po czym zaginęli bez śladu. Pomimo licznych dowodów, iż uprowadzenia dokonały rosyjskie wojska, prokuratura nie przeprowadziła szczegółowych i skutecznych śledztw.

Sędziów Trybunału nie przekonały argumenty Moskwy. Stwierdzili, że rosyjska wersja wydarzeń jest sprzeczna z faktami i dowodami. Rosja – stwierdzili w wyroku – naruszyła cztery artykuły Europejskiej Konwencji Praw Człowieka, między innymi prawa do życia, zakazu nieludzkiego traktowania, prawa do uczciwego śledztwa oraz poznania faktycznych przyczyn tragedii. Trybunał zwrócił się do Komitetu Ministrów o monitorowanie wprowadzenia w życie przez Rosję zaleceń zawartych w wyroku.

Śmierć znanej dziennikarki. Kto zlecił zabójstwo?

Śmierć znanej dziennikarki. Kto zlecił zabójstwo?
wczoraj, 20:32
Są podejrzani o zabójstwo, ale wciąż nie wiadomo, kto zlecił pozbycie się znanej rosyjskiej dziennikarki. Dyskusja na ten temat zdominowała pierwszy dzień procesu byłego policjanta oskarżonego o pomoc w zorganizowaniu morderstwa Anny Politkowskiej.
Anna Politkowska, fot. Reuters
Dmitrij Pawluczenkow odpowiada przed sądem w trybie specjalnym. W trakcie śledztwa zawarł układ z prokuratorem.
Były policjant przyznał się do winy, w zamian za co sąd złagodzi mu wyrok. Takie porozumienie wyklucza badanie przez sąd jakichkolwiek dowodów w sprawie. Oprotestowali tryb postępowania pełnomocnicy rodziny Anny Politkowskiej.
W ich opinii, układ zawarty między współorganizatorem zabójstwa a prokuraturą chroni zleceniodawców zbrodni. Dziennikarze „Nowej Gaziety”, w której pracowała Politkowska, twierdzą, że zleceniodawca ma doskonałe układy i dlatego czuje się bezkarny.
Prokurator zażądał dla Pawluczenkowa 12 lat łagru. Sąd wyda wyrok w piątek. W toku procesu nie dowiemy się, kto stoi za śmiercią rosyjskiej publicystki. W aresztach na proces czekają inni współorganizatorzy zabójstwa i domniemany morderca.
Anna Politkowska została zastrzelona 7 października 2006 roku na klatce schodowej swojej kamienicy.

12.12.2012, 20:32, onet.pl
Są podejrzani o zabójstwo, ale wciąż nie wiadomo, kto zlecił pozbycie się znanej rosyjskiej dziennikarki. Dyskusja na ten temat zdominowała pierwszy dzień procesu byłego policjanta oskarżonego o pomoc w zorganizowaniu morderstwa Anny Politkowskiej.
Anna Politkowska, fot. ReutersDmitrij Pawluczenkow odpowiada przed sądem w trybie specjalnym. W trakcie śledztwa zawarł układ z prokuratorem.
Były policjant przyznał się do winy, w zamian za co sąd złagodzi mu wyrok. Takie porozumienie wyklucza badanie przez sąd jakichkolwiek dowodów w sprawie. Oprotestowali tryb postępowania pełnomocnicy rodziny Anny Politkowskiej.
W ich opinii, układ zawarty między współorganizatorem zabójstwa a prokuraturą chroni zleceniodawców zbrodni. Dziennikarze „Nowej Gaziety”, w której pracowała Politkowska, twierdzą, że zleceniodawca ma doskonałe układy i dlatego czuje się bezkarny.
Prokurator zażądał dla Pawluczenkowa 12 lat łagru. Sąd wyda wyrok w piątek. W toku procesu nie dowiemy się, kto stoi za śmiercią rosyjskiej publicystki. W aresztach na proces czekają inni współorganizatorzy zabójstwa i domniemany morderca.
Anna Politkowska została zastrzelona 7 października 2006 roku na klatce schodowej swojej kamienicy.

Wstrząsający list emigrantki. „Biblijne piekło jest tutaj, w Polsce”

26.10.2012 onet.pl

„Słucham tych historii w sali za kratami i myślę, że na pewno to miejsce – w Biblii nazywane piekłem – jest tutaj, w Polsce” – pisze we wstrząsającym liście do „Gazety Wyborczej” Ekaterina Lemondżawa, gruzińska dziennikarka zamknięta w obozie dla uchodźców w Lesznowoli.

Lemondżawa w swoim liście do „Gazety” przedstawia szczegóły działalności ośrodków dla uchodźców w Polsce. Jej list jest bardzo przejmujący.

„Problem to nie tylko warunki przebywania w tym więzieniu, w którym się znajdujemy. Świadomie używam słowa »więzienie«, bo polskie zamknięte obozy dla uchodźców to miejsca, które rzeczywiście je przypominają” – pisze.
Opisuje też swoją historię, którą określa mianem „podróży do piekła”. „Najpierw straż graniczna na lotnisku, potem w izolatce, a w końcu po 28 godzinach katorgi w więzieniu – wszędzie każą mi się rozbierać do naga. Wygląda na to, że szczególnie podoba im się studiowanie moich zakrwawionych majtek i patrzenie na mnie ociekającą krwią” – wspomina.

Dodaje też, że przez cały ten czas miała wrażenie, jakby była coś winna służbom i dlatego one ją karały – „słowami, czynami, podejściem”.

„Kiedy mnie wsadzili do »więźniarki«, nie minęły jeszcze 24 godziny od zatrzymania. Takimi samochodami przewożą przestępców i skazanych. Zastanawiałam się… może cierpię na rozdwojenie jaźni?” – kontynuuje gruzińska emigrantka.

Jak pisze, w stolicy Gruzji miała własny klub rockowy (200 metrów od polskiej ambasady – red.), w którym koncertowała „współczesna kultura” – wiedzieli o nim wszyscy, od punków po polityków. „Rzeczywistość tutaj – kobieta w uniformie każe mi się rozbierać… Już trzeci raz dzisiaj” – kontynuuje na łamach „Gazety”.

W szczegółach opisuje warunki w jakich teraz przebywa. „Wysoki płot z drutem kolczastym, ludzie w uniformach wojskowych. Mały korytarz, osiem pomieszczeń. Kuchnia, toaleta i pokój z telewizorem (»czerwony kącik«)” – pisze. Ujawnia, że od początku nie mogła liczyć na jedzenie – część więźniów oddawała jej część ze swojego przydziału.

Pisze też, że ochroniarze w każdej chwili są poważni i „mają takie srogie miny, jakby w każdej sekundzie spodziewali się (…) ataku”. Według jej relacji, 80 proc. z nich nie zna ani rosyjskiego, ani angielskiego, a w ośrodku nie ma tłumaczy.

Szczególnie przejmujące są jednak historie innych uchodźców, które przytacza: o małżeństwie Czeczenów, których dzieci pistoletem straszyła pijana służbistka i Nepalce oskarżanej o symulację mimo objawów poważnej choroby.

„Słucham tych historii w sali za kratami i myślę, że na pewno to miejsce – w Biblii nazywane piekłem – jest tutaj, w Polsce” – komentuje.

Jak twierdzi w swoim liście do „Gazety Wyborczej”, próbowała już interweniować w tej sprawie u różnych organizacji zajmujących się obroną praw człowieka. „Niestety, nie sądzę, że uda nam się rozprawić z polską machiną biurokratyczną. Ale jak się chce, to się dzieje” – pisze podając kilka przykładów buntów w tego typu ośrodkach.

Co dalej z Lemondżawą? „Odsiedzę moją „karę” i wrócę do siebie, do ojczyzny” – pisze. „Ale gdzie bym nie była i czym bym się nie zajmowała, całej Europie odkryję »prawdziwe« serce Polski, gdzie rozumienie praw człowieka i demokracji nie różni się od poziomu myślenia z okresu realnego socjalizmu. Ja, Ekatarina Lemondżawa. Ja, która nielegalnie przekroczyłam granicę powietrzną” – kończy.

Więcej w dzisiejszym wydaniu „Gazety Wyborczej”.

(„Gazeta Wyborcza”, GK)

Mija 10 lat od tragedii w teatrze na Dubrowce

23.10.2012 onet.pl, PAP

Dziesięć lat mija we wtorek od dnia, gdy moskiewski teatr na Dubrowce zaatakowało czeczeńskie komando, biorąc ponad 900 zakładników. Trzy dni później rosyjskie siły specjalne odbiły gmach, używając gazu bojowego, który zabił 130 zakładników.

Tragedia w teatrze na Dubrowce rozpoczęła się 23 października wieczorem, gdy uzbrojony odział dowodzony przez Mowsara Barajewa zajął budynek teatru. W rękach terrorystów znalazło się ponad 900 zakładników – na pełnej sali grano popularny musical „Nord-Ost”. Napastnicy żądali natychmiastowego wycofania wojsk rosyjskich z Czeczenii.

Okupacja teatru trwała 57 godzin. 26 października nad ranem siły rosyjskie przypuściły szturm. Użyły przy tym gazu, który natychmiast uśpił zarówno napastników, jak i ich ofiary. Czeczenów dobijano strzałem w głowę, zabijając wszystkich, w tym Barajewa. Później okazało się, że na skutek użycia gazu zginęło także – według danych oficjalnych – 130 zakładników. Blisko 800 zostało uwolnionych.

W czasie akcji sił specjalnych panował chaos. Karetki pogotowia miały problemy z dojazdem na miejsce zdarzenia. Oszołomionych gazem ludzi ładowano do autobusów i rozwożono po szpitalach. Wielu zakładników zmarło w szpitalach.

Do zorganizowania ataku na teatr przyznał się czeczeński dowódca polowy Szamil Basajew, który w lipcu 2006 roku zginął w Inguszetii, republice sąsiadującej z Czeczenią. Atak potępił formalny przywódca czeczeńskich rebeliantów Asłan Maschadow.

Blisko dwa lata po ataku na teatr na Dubrowce nastąpił kolejny, jeszcze tragiczniejszy akt terroryzmu, do którego również przyznał się Basajew – atak na szkołę w Biesłanie w Osetii Północnej. 1 września 2004 roku czeczeńscy rebelianci, także domagający się wycofania wojsk federalnych z Czeczenii, zajęli szkołę, biorąc ponad 1100 zakładników, głównie dzieci, które uczestniczyły w rozpoczęciu roku szkolnego.

Również w tym przypadku siły specjalne zajęły budynek szturmem. Podczas operacji zginęły 334 osoby, w tym 186 dzieci.

Dziś – jak napisała w poniedziałek opozycyjna „Nowaja Gazieta” – w sprawie ataku na teatr na Dubrowce wciąż są dwie wielkie niewiadome: skład gazu użytego podczas szturmu oraz skład osobowy sztabu, który zajmował się operacją uwalniania zakładników.

Przez następne lata bliscy ofiar domagali się skutecznego śledztwa w sprawie ataku oraz wyjaśnienia wszystkich okoliczności szturmu sił specjalnych. Zakładnicy, którzy ocaleli z ataku, oraz bliscy tych, którzy zginęli, założyli organizację społeczną Nord Ost, która domaga się tych wyjaśnień na drodze prawnej.

Już w 2003 roku skarga na władze Rosji w imieniu 64 osób – zakładników i bliskich ofiar – trafiła do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka (ETPCz) w Strasburgu. Skarżący wskazywali, że podczas operacji zginęło tak wielu zakładników, bo władze działały w sposób nieudolny, użyły siły w nieuzasadnionym stopniu i nie udzieliły na czas pomocy medycznej uwalnianym.

W grudniu 2011 roku ETPCz orzekł, że Rosja naruszyła artykuł 2 – dotyczący prawa do życia – Europejskiej konwencji o ochronie praw człowieka i podstawowych swobód. Uznając szturm na zajęty przez terrorystów teatr za uzasadniony, trybunał wezwał władze rosyjskie, by przedstawiły „przekonujące wyjaśnienie przyczyn śmierci zakładników i ustaliły stopień odpowiedzialności osób urzędowych za ich śmierć”. Nakazał też wypłacenie poszkodowanym kwot od ok. 9 tys. do 66 tys. euro.

Wiosną br. wyrok trybunału stał się prawomocny.

Przypominając w poniedziałek o 10. rocznicy tragedii w teatrze na Dubrowce, „Nowaja Gazieta” ocenia, że i wtedy, i dwa lata później w Biesłanie „struktury siłowe niezależnie od cywilnych planowały siłowe rozwiązanie problemu”. Wskazuje: „Szczegółów operacji ratunkowej nie opracowywano w ogóle, bo leżały one w gestii osób cywilnych, a szczegóły działań siłowych ukrywano przed tymi samymi osobami cywilnymi do ostatniej chwili”.

„W ten sposób o życiu zakładników decydowała rosyjska ruletka – przeżył ten, kto miał więcej szczęścia” – podsumowuje opozycyjna gazeta

 

Masowa głodówka cudzoziemców. Protestujący: Czujemy się ludźmi drugiej kategorii

Joanna Klimowicz, jame 16.10.2012 , aktualizacja: 17.10.2012 10:47

Więcej

Czeczeni, Gruzini, mężczyźni, kobiety, przebywający za kratami w strzeżonych ośrodkach dla cudzoziemców, zaczęli strajk głodowy. W całym kraju protestuje ponad 70 osób, w samym tylko Białymstoku – 21. – Musieliśmy. Inaczej o nas nie usłyszycie – mówią
- Czujemy się jak ludzie drugiej kategorii, zepchnięci przez przepisy migracyjne na margines, całkowicie wykluczeni, pozbawieni praw, które należą się nam choćby jedynie z tytułu naszego człowieczeństwa – tłumaczą protestujący.

Nie popełnili żadnego przestępstwa. Do zamkniętych ośrodków, które jako żywo przypominają więzienia (kraty, monitoring, spacerniak), kierują ich polskie sądy. Za co? Nielegalnie przekraczają granicę, nie mają dokumentów, niech więc tam czekają na wydalenie z terytorium RP, żeby nie pouciekali.

Strajkowa fala

Na sześć ośrodków strzeżonych w kraju do głodówki przyłączyły się cztery. Jak mówią przyjaciele z nieformalnej grupy wspierającej protestujących, zaczęło się w Przemyślu – przed miesiącem posiłków zaczął odmawiać mężczyzna, dziś waży tylko 38 kilo… Informacje roznosiły się pocztą pantoflową i w tę sobotę w Strzeżonym Ośrodku dla Cudzoziemców przy Podlaskim Oddziale Straży Granicznej w Białymstoku strajk głodowy zaczęły trzy osoby. W niedzielę dołączyły kolejne.

We wtorek na 74 osadzonych 21 Gruzinów (w tym trzy kobiety) odmawiało posiłków, które podaje straż. Nie jedzą nic.

- Monitorujemy ich stan zdrowia. Na miejscu jest lekarz, który się nimi opiekuje. W razie potrzeby trafią do szpitala – relacjonuje Anna Wójcik, rzeczniczka prasowa POSG. Dodaje, że w przeszłości takie sytuacje się zdarzały. W ostateczności mogą zakończyć się odżywianiem przymusowym.

Fala frustracji szła po kraju i we wtorek strajk wybuchł w ośrodkach w Białej Podlaskiej i Lesznowoli. Głodują już 73 osoby. Pochodzą głównie z Gruzji, Czeczenii, Dagestanu, Mołdawii. Niektórzy „siedzą” już rok, ale nie protestują przeciwko przedłużającym się procedurom. Proszą o upublicznienie ich postulatów, a żądają m.in.: prawa do informacji w zrozumiałym dla siebie języku, prawa do kontaktu ze światem zewnętrznym, prawa do właściwej opieki medycznej, edukacji dla osadzonych dzieci i małoletnich, poszanowania praw dziecka, poprawy warunków socjalnych panujących w ośrodkach, ukrócenia nadużyć i nadużywania przemocy, zaprzestania kryminalizacji osadzonych. – Ci ludzie są zdesperowani. Zbyt długo ich problemy są przemilczane. Nie widzieli innego wyjścia, to jedyna metoda, by zostać usłyszanym – mówi jedna z kobiet z nieformalnej Grupy Wsparcia Protestujących Uchodźców (chce pozostać anonimowa). Przypomina poprzednie „zrywy”: w 2008 roku 21 Gruzinów w Białej Podlaskiej protestowało przeciwko przewlekłości procedur, w 2010 roku 37 uchodźców z przemyskiego ośrodka strzeżonego prowadziło strajk głodowy, domagając się poprawy warunków w ośrodkach oraz dostępu do opieki medycznej. W grudniu 2009 roku grupa około 200 Czeczenów i Gruzinów próbowała dostać się do Strasburga, by zaprotestować przeciwko polityce Unii Europejskiej wobec uchodźców. W pociągu wywiesili transparent: „Jesteśmy ludźmi”.

Nie wolno zamykać dzieci

W świetle przepisów do ośrodka strzeżonego czy aresztu deportacyjnego nie może trafić ofiara przemocy, z traumą wojenną, syndromem stresu pourazowego. Ale prawo sobie, a praktyka – sobie. Wystarczy wspomnieć choćby o Kongijkach – ofiarach przemocy seksualnej – zamkniętych zimą w Kętrzynie.

Trwa wzbudzana przez organizacje pozarządowe zajmujące się obroną praw człowieka dyskusja dotycząca zasadności kierowania do zamkniętych ośrodków rodzin z dziećmi. A przebywają w nich nawet kobiety z niemowlętami. Rygor więzienny jest szczególnie uciążliwy dla maluchów, które muszą bawić się i spacerować o wyznaczonych porach. Ograniczony murem i wytyczonymi godzinami spacerniak to namiastka wolności.

- W ośrodku w Lesznowoli dzieci zostały ukarane dwutygodniowym zakazem wstępu do świetlicy za to, że popsuły zabawkę – dodaje nasza rozmówczyni z grupy wsparcia. – Do tego jest dramatycznie utrudniony dostęp do edukacji. Brakuje opieki psychologa, szczególnie dziecięcego. A jeśli specjalista jest, to jest to strażnik, trudno więc o zaufanie.

Cudzoziemcy domagają się także prawa do kontaktu ze światem zewnętrznym, z organizacjami pozarządowymi lub międzynarodowymi. Skarżą się, że zdarza się, że w ośrodkach nie ma książek telefonicznych ani dostępu do internetu.

Nie różnią się od więzień

Protestujący domagają się także prawa do informacji w rozumianym przez nich języku i przekazywanych w jasny sposób; informacji o podejmowanych czynnościach i zarządzeniach; tłumaczenia uzasadnień decyzji. Alarmują o nadużyciach, o stosowaniu przemocy, niewspółmiernych kar za odstąpienie od regulaminu – nawet za niewielkie przewinienie łatwo trafić do izolatki. – Wszystkie placówki zamknięte nie różnią się niczym od więzień – kraty w oknach, druty kolczaste, wysokie mury i więzienny reżim, ograniczony dostęp do terapii oraz edukacji – skarżą się. * Sytuacją cudzoziemców zainteresowała się Wanda Nowicka, wicemarszałkini Sejmu. Na środę na godz. 12 planuje konferencję prasową w tej sprawie.

Cierpienia na epicką skalę

UNHCR szacuje, że w 2011 r. liczba uchodźców wzrosła o rekordowe 800 tys. osób. Z opublikowanego latem raportu Wysokiego Komisarza Narodów Zjednoczonych ds. Uchodźców wynika, że 2011 r. był rekordowy pod względem liczby osób zmuszonych do ucieczki ze swojego kraju. Takiego napływu uchodźców nie notowano od 2000 r.

- 2011 był rokiem cierpień na epicką skalę. Wrzucenie tylu istnień ludzkich w tak krótkim czasie w sam środek wojennej zawieruchy oznacza ogromny ból dla wszystkich, których to dotknęło – powiedział Wysoki Komisarz Narodów Zjednoczonych ds. Uchodźców António Guterres. – Możemy być tylko wdzięczni, że międzynarodowy system stworzony do ochrony takich osób prawie wszędzie wytrzymał, dzięki czemu większość granic pozostała otwarta. To dla nas czas próby.

Największym eksporterem uchodźców jest Afganistan (2,7 mln), który wyprzedza Irak (1,4 mln), Somalię (1,1 mln), Sudan (500 tys.) i Demokratyczną Republikę Konga (491 tys.).

Ten lepszy świat

onet.pl, 11 paź, 13:08

- Tam będą i jabłka, i pomarańcze, i czekolada, zobaczysz – szeptała Kamisa do umierającej z głodu i wycieńczenia 13-letniej córki Hawy. – Nie będzie mamo, nie będzie – słabiutkim głosem wyszeptała Hawa. To były jej ostatnie słowa. Wracamy do historii czeczeńskiej matki, na której oczach jesienią 2007 roku zmarło troje dzieci.

Hawa urodziła się w roku 1994, w tym samym, w którym wybuchła w Czeczenii wojna. Od dzieciństwa patrzyła na straszne i krwawe obrazy, widziała cierpienie, łzy, śmierć. Była pierwszym z czwórki dzieci Kamisy i Hampaszy. – Wszystkie nasze dzieci czuły tę wojnę pod skórą – opowiadała Kamisa dziennikarzom – bały się, nigdy nie zasnęły same. W czasie wojny spaliśmy wszyscy razem, przytuleni do siebie, chcieliśmy się obejmować, czuć, bo to dawało nam poczucie bezpieczeństwa. Dzieci często płakały, były wystraszone, wiedziały, że większość mężczyzn z naszej wioski już zginęło. Wojna oficjalnie skończyła się w 2003 roku, ale młodzi ludzie nadal znikali w tajemniczych okolicznościach, we wsi mówiło się, że młodzi często bywają porywani, by potem sprzedawać ich organy jakimś bogaczom. Żyło nam się źle. Długo rozmawialiśmy z mężem, jak możemy dzieciom, bo już nie nam, jak im zapewnić lepszy świat. Mieliśmy rodzinę w Szwecji, chcieliśmy się do nich jakoś dostać.

Jedyna możliwość – uznaliśmy – to przejście przez zieloną granicę. Ustaliliśmy, że my z dziećmi spróbujemy najpierw dostać się na Słowację, mąż zrobi to legalnie, a potem do Austrii – docelowo – do Szwecji. Uzbieraliśmy 2 200 dol. i tyle mąż zapłacił Ukraińcom, którzy zobowiązali się przerzucić mnie i dzieci w ciągu jednej nocy właśnie za słowacką granicę – opowiadała Kamisa. Nie udało się.

A było tak. Kamisa, 13-letnia Hawa, 10-letnia Sieda, 6-letnia Elinka i dwóipółroczny Emi wyruszyli z Ukraińcami po ten lepszy świat. Podróż przez góry miała trwać tylko jedną noc i nad ranem wszyscy mieli zawitać do słowackiej wioski. Kamisa wzięła ze sobą na tę tragiczną drogę tylko jeden bochenek chleba, butelkę coli, jakieś batoniki. Nie spodziewała się długiej wyprawy, nie zaopatrzyła się w pokaźny prowiant. Był wrzesień, 2007 roku. W górach temperatura wynosiła 3 stopnie Celsjusza, wiało, padał rzęsisty deszcz.

Kiedy Ukraińcy prowadzili rodzinę Dżamaldinów przez górskie ścieżki, najszybciej szła 6-letnia Elinka. To ona poganiała wszystkich, to ona chciała być już w tym szczęśliwym świecie zaraz, teraz. Była wesoła, podśpiewywała głośno i radośnie. Nad ranem zobaczyli jakąś stodołę. To tam Ukraińcy kazali ukryć się Kamisie i dzieciom. Chciała wracać, bała się, nie dano jej jednak takiej szansy. Było zimno, wilgotno i już robili się głodni. Po kilku godzinach snu Ukraińcy kazali Kamisie iść dalej. Doszli do słupka granicznego numer 82. Była mgła, gęsta jak mleko, Ukraińcy powiedzieli „to tutaj”. Niedaleko jest ta wymarzona wioska. My musimy już wracać.

Ale wioski nie było. Matka z dziećmi błąkała się po omacku, wszyscy byli coraz słabsi, coraz bardziej wyziębieni. Kamisa krzyczała, wołała o pomoc. Bez echa. Dzień zamienił się w zmierzch, potem w noc. Kamisa ukryła się z dziećmi przed wichurą pod jakimś drzewem, ogrzewała je własnym ciałem. Pierwsza odeszła Sieda, była chorowita, słaba, nie dała rady głodowi, wilgoci i zimnu. Była opuchnięta i sina. Zmarła z przerażenia, głodu, zimna. Potem umarła Hawa. To jej Kamisa szeptała do ucha nierealne już obietnice. – Znajdą nas, zaraz nas znajdą i uratują. Zobaczysz, tam będzie ciepły dom z duża kuchnią. I na stole będą jabłka, pomarańcze, czekolada. – Nie będzie mamo, już nie będzie – słabiutkim głosikiem odpowiedziała Hawa. To były jej ostatnie słowa.

Elinka umierała samotnie, leżąc na ciele zmarłych sióstr. Kamisa z synkiem przy piersi ruszyła po pomoc. Znalazła ją przy stu drugim polskim słupku granicznym. Jej córkom zabrakło dwudziestu słupków. Dwadzieścia słupków, żeby żyć.

Przeżyć żałobę

- O tej strasznej historii usłyszałam w radio – mówi Mirosława Majerowicz-Klaus, psychoterapeutka z Poznania. – W tamtym czasie mieszkałam w mojej leśniczówce Emaus: koło Stefanowic, pod Wolsztynem. Postanowiłam wesprzeć Kamisę, pomóc jej przejść żałobę. Pomyślałam, że nikt nie zrozumie matki w żałobie po dzieciach, jak druga kobieta będąca w tej samej sytuacji. Straciłam właśnie przysposobionego z domu dziecka synka, Maćka, zginął w wypadku kolejowym. Bardzo cierpiałam. Chciałam, żeby Kamisa przeżyła swoją tragedię wraz ze mną. Pomyślałam – razem będzie nam lżej.
Mirosława zadzwoniła do radia, dowiedziała się, że Kamisa z synkiem przebywa w szpitalu w Ustrzykach i zaproponowała, że zaprosi ją do siebie, do leśniczówki. Na jak długo? Nie wiedziała. – Na tyle, ile będzie trzeba – odpowiedziała dziennikarzowi.
- Ten dziennikarz z radia zrobił ze mnie straszną bohaterkę – wspomina Mirosława Majerowicz-Klaus. – A ja się wcale nią nie czułam. Dlaczego miałam się czuć? Sama jestem matką, a to, co spotkało Kamisę, było tak ogromnym nieszczęściem, że mój odruch był natychmiastowy, taki od serca. Chciałam pomóc. I tyle.

Kamisa z wdzięcznością przyjęła tę pomoc. Wiedziała, że alternatywą byłby pobyt w ośrodku dla uchodźców, a tam mogłaby się spotkać z wrogością pobratymców. Dlaczego? Bo nie umiała uchronić swoich dzieci. – To jest inna kultura – tłumaczy pani Mirosława. – Nie zrozumiemy tego, dopóki jej nie poznamy. Ja poznałam i daleka dziś jestem od wszelkich ocen. Jedno, co mnie bardzo długo zastanawiało to to, dlaczego nie było Paszy przy żonie i dzieciach w czasie tej podróży po lepszy świat. Ale tego nie dowiedziałam się nigdy.

Mirosława przyjęła pod swój dach Kamisę i Emisia, potem także Paszę, gdy przyjechał do Polski. Jak tylko dowiedział się o tragedii swojej rodziny, a był wtedy na Ukrainie, natychmiast ruszył do żony. – To nie było dla mnie łatwe doświadczenie – wspomina. – Moja gosposia odeszła ode mnie, jak usłyszała, że będą z nami żyć Czeczeni. To muzułmanie – dla niej było to nie do przyjęcia.

Jaka była Kamisa? – Bardzo emocjonalna, inteligentna, ciepła i kochana – opowiada pani Majerowicz. – Cierpiała, na pewno strasznie cierpiała, ale ja nie pytałam, a ona nie mówiła. Nie płakała, nie mogła, jej religia tego zabrania. Bo jeśli poleją się łzy, to dusze córek nie pójdą do nieba. Łzy z oczu Kamisy polały się jednak, ale wiele później. I tylko wtedy, gdy nikt nie widział.

Żeby zająć się rodziną Dżamaldinowów, pani Mirosława ograniczyła swoją pracę zawodową do minimum. Nie spała po nocach, smutek Kamisy udzielał się całemu domowi. Z czasem zaczęło być trochę lepiej. Mały Emiś nie szlochał tak często, jak przedtem, choć wciąż jeszcze pytał, gdzie są jego siostry i kiedy przyjadą. Dziewczynki pochowano w Czeczenii, to dla Kamisy było dodatkowym ciężarem – to straszne nie móc pójść na groby własnych córek.

Lepszy świat w Wolsztynie

Kamisa z rodziną mieszkała u pani Majerowicz około pół roku. Jej córka polubiła się z Emisiem, Kamisa i Pasza powoli uczyli się polskich zwyczajów. Święta Bożego Narodzenia spędzili wśród polskich kolęd i polskich wigilijnych potraw. W akcję pomocy dla nich włączyło się wielu ludzi z okolicy. Sołtys Stefanowic zorganizował zbiórkę pieniędzy i odzieży dla Kamisy i Emisia. Ksiądz Kasprzak ogłosił na mszy zbiórkę datków dla niej. Ludzie dawali jedzenie, ubrania, środki czystości. Bożena Mizerka uczyła Kamisę języka polskiego.

- Odebrałam ją, jako kobietę, na którą spadła ogromna tragedia – mówi pani Bożena. – Byłam bardzo poruszona. Przecież to się stało w takich niewyobrażalnie strasznych okolicznościach. Oto matka wiedzie dzieci do lepszego świata, świata bez wojny, głodu, huku bomb, a doprowadza je do śmierci. To naprawdę trudno sobie wyobrazić. Mogę jednak doskonale pojąć, dlaczego Kamisa w końcu uznała, że Polska, że nasz Wolsztyn, to jednak nie jest ten wymarzony, lepszy świat.

Bo Kamisa długo próbowała zadomowić się tutaj. – Pamiętam, jak przyjechała do nas i poprosiła o to, czy może tutaj zamieszka – wspomina Barbara Matuszczak z urzędu miejskiego w Wolsztynie. – Burmistrz wystąpił wtedy do rady miejskiej o wyrażenie zgody na przyznanie jej mieszkania i rada się zgodziła. Kamisa dostała trzy pokoje, razem jakieś 50 metrów kw. Nasze lokalne zakłady pracy bardzo jej pomagały. Wolsztyńska fabryka mebli wyposażyła kuchnię, ktoś zrobił jej łazienkę, ktoś inny dał sprzęt AGD. Pomogliśmy jej mężowi znaleźć pracę.

- Wszyscy przeżywaliśmy to, co jej się przytrafiło – mówi Andrzej Rogoziński, burmistrz Wolsztyna. – Dlatego decyzja o przyznaniu jej mieszkania była prawie natychmiastowa. Kamisa mówiła, że Wolsztyn to takie piękne miasto, wręcz dla niej wymarzone, że chciałaby tu spędzić resztę życia. Że tu mieszkają tacy mili ludzie. Zadomowiła się. Była zadbana, uśmiechnięta, dobrze ubrana. Jej synka skierowaliśmy do przedszkola numer 3.

- Emiś bardzo szybko się u nas zaaklimatyzował – opowiada Krystyna Kuberczyk, pracująca w tym właśnie przedszkolu. – Był bardzo rozgarniętym chłopczykiem, szybko nauczył się, jak funkcjonować wśród naszych dzieci. Ładnie mówił po polsku. Kamisa była bardzo czułą, kochającą matką. Często pytała o pracę, chciała pracować właśnie z dziećmi. Paszy u nas nigdy nie widziałam, nie przychodził na przedszkolne przedstawienia, na nasze imprezy. Ale skądinąd wiem, że to on decydował o wszystkim w ich rodzinie. Taka jest ich kultura. Kamisa nie miała nic do gadania. Kiedy widziałam ją po raz ostatni była siwa, nie farbowała już włosów. Bardzo się postarzała. Nie śmiała się, była zamyślona. Trudno było rozpoznać w niej dawną Kamisę. Ale przecież tego, co się działo u niej w domu, w czterech ścianach, nie wie nikt.

Mówiło się – wykańczają ich sąsiedzi. Bo z jakiej racji jacyś tam Czeczeni mieli dostać atrakcyjne mieszkanie, kiedy tylu biednych Polaków czeka w kolejce na własny kąt? Mówiło się – Pasza jest roszczeniowy, stale zmienia pracę, nic mu się nie podoba. Chciałby najlepiej nic nie robić, bo „u nich” mężczyzna jest królem i kobieta musi mu usługiwać. Mówiło się – nie są i nie będą jednymi z nas. Krewnych mają w Czeczenii, groby mają w Czeczenii, a tutaj co mają? Obcą religię, obce zwyczaje, obce wszystko.

- Rzeczywiście, kulturowo bardzo się różnimy – mówi Mirosława Majerowicz-Klaus. Ja tę ich kulturę poznałam, gościłam u mnie rodzinę Kamisy, jej mamę i brata, a potem sama pojechałam do jej rodziny, do Francji. Kiedy Kamisa mieszkała z nami widziałam, jak obsługiwała Paszę, jak mu dogadzała, jak mu ulegała. Dużo rzeczy robiłyśmy w tajemnicy przed nim, jak choćby cichaczem odwiedzałyśmy ginekologa. On by jej na to nie pozwolił. Ale ona mówiła, że Pasza nie jest takim złym człowiekiem, że inne Czeczenki mają gorzej, a ja tego nie komentowałam, nie wtrącałam się. Pamiętam tylko, że czułam ogromną wdzięczność, że urodziłam się Polką.

Pożegnanie

- O decyzji, że wyjeżdżają z Polski, dowiedziałem się nagle – mówi Andrzej Rogoziński. – To było jakieś dwa lata temu. Kamisa przyszła się pożegnać i podziękować za wszystko. Powiedziała, że wracają, nie mówiła dlaczego. Widać było, że psychicznie jest wykończona, siwa, na ulicy chyba bym jej nie poznał. Rozumiem, że nie dali rady się tu zaaklimatyzować. Mamy w powiecie dwóch Jemeńczyków, też mają kłopoty. Z czym? Ze wszystkim, z kulturą, jedzeniem, z pracą. Nie mogą na przykład pojąć, że tutaj pracuje się regularnie i zawsze tak samo – od siódmej do piętnastej.

- Do mnie też przyszła się pożegnać – opowiada Ania Domagalska z „Głosu Wolsztyńskiego”. – Dużo o niej pisałam, znałyśmy się, gościłyśmy w swoich domach. Widziałam, że jest w depresji, że dzieje się z nią coś złego. Nie powiedziała, dokąd jadą, nie zostawiła ani adresu, ani telefonu. Nie mam już z nią kontaktu.

- Nikt z nas nie ma – wzdycha Bożena Mizerka. – Ja myślę, że oni oboje bardzo tęsknili do swojego rodu, tam żyje się bardzo rodzinnie, z babcią, dziadkiem, rodzicami, a tutaj byli samotni. Kamisa mówiła, że chyba jadą do Szwecji. Przyjechała do mnie oddać aparat fotograficzny. Nie oceniam jej, nigdy nie oceniałam. Myślę, że dla niej ten europejski świat, który miał być lepszym światem, okazał się niezwykłym rozczarowaniem. Bo przecież człowiek chcąc nie chcąc ciągnie do swoich. Ilu pani zna Polaków, mieszkających w Niemczech i świetnie żyjących tylko z Niemcami?

- Oczywiście, że nie żałuję, że jej wtedy pomogłam. Gdyby dziś sytuacja się powtórzyła, zachowałabym się tak samo – mówi Mirosława Majerowicz-Klaus. – Dlaczego nie? Pomagałam i nadal pomagam innym. Przyjmując ją pod swój dach, dobrze wiedziałam, że to nie będzie na zawsze. Dużo się przy niej nauczyłam, dużo zyskałam. Nie wiem, niestety, gdzie ona jest, jak się czuje, co robi, ale życzę jej i jej rodzinie wszystkiego najlepszego. Przede wszystkim, żeby znalazła ten lepszy świat. Gdziekolwiek się on znajduje.

- A co z jej mieszkaniem? Z umeblowaną kuchnią? Wiem, że przejęli je jacyś ubodzy ludzie, bezrobotni, Polacy, oczekujący w kolejce na lokum od dłuższego czasu. Czyli u nas, w Wolsztynie, wszystko wróciło do normy.

Wojska ministerstwa obrony Rosji znów walczą na Północnym Kaukazie

onet.pl, pap, 9 paź, 14:09
Od 1 października żołnierze Sił Zbrojnych Federacji Rosyjskiej, podlegający Ministerstwu Obrony FR, znów uczestniczą w operacjach przeciwko rebeliantom na Północnym Kaukazie.

Decyzję o skierowaniu po raz pierwszy od sześciu lat do tego niespokojnego regionu jednostek resortu obrony podjął Narodowy Komitet Antyterrorystyczny (NAK), rządowy organ koordynujący walkę z terroryzmem w Rosji.

Rebelianci dążą do oderwania republik Północnego Kaukazu od Rosji i utworzenia tam islamskiego emiratu. Najbardziej niespokojnie jest w Dagestanie, Inguszetii, Czeczenii i Kabardo-Bałkarii. Akty przemocy są tam na porządku dziennym.

„Pododdziały rosyjskiej armii włączyły się już do operacji antyterrorystycznych w kilku rejonach Północnego Kaukazu, w których sytuacja jest najbardziej napięta. Działają według własnych planów, ale w ścisłej współpracy z jednostkami Wojsk Wewnętrznych MSW, pododdziałami policyjnymi i Federalną Służbą Bezpieczeństwa (FSB)” – poinformowało źródło w sztabie sił federalnych w tym regionie, cytowane przez agencję Interfax.

Rozmówca agencji przekazał też, że wojska ministerstwa obrony poniosły już pierwsze straty. Pod koniec ubiegłego tygodnia w potyczkach z rebeliantami w Dagestanie i Inguszetii zginęło czterech żołnierzy, a kilku innych zostało rannych. Zdaniem informatora Interfaxu niepowodzenia te są konsekwencją tego, że pododdziały armii działały szablonowo, bez uwzględnienia specyfiki operacji antyterrorystycznej na Północnym Kaukazie.

Źródło agencji nie wyjaśniło, czym była spowodowana decyzja o wysłaniu do tego regionu pododdziałów ministerstwa obrony. Nie ujawniło też, jakie konkretnie jednostaki tam skierowano.

W ubiegłym miesiącu „Niezawisiamaja Gazieta” informowała, że od pewnego czasu straty w ludziach sił federalnych na Północnym Kaukazie gwałtownie rosną. Tylko w ostatnim tygodniu sierpnia zginęło 15, a rannych zostało 11 żołnierzy i oficerów. Dziennik podawał również, że ministerstwo obrony rozważa wysłanie tam oddziałów specjalnych GRU, tj. wywiadu wojskowego.

Operacja antyterrorystyczna na Północnym Kaukazie trwa od 1999 roku, kiedy to dowodzone przez Szamila Basajewa i Hattaba oddziały rebeliantów z terytorium Czeczenii najechały na Dagestan. Przez prawie osiem lat w walkach z islamistami uczestniczyły oddziały regularnej armii. W 2006 roku, po rozbiciu głównych sił rebeliantów, wojska Ministerstwa Obrony zostały wycofane do miejsc stałej dyslokacji, a odpowiedzialność za operację sił federalnych na Północnym Kaukazie przejęło dowództwo Wojsk Wewnętrznych MSW.

Historyk Władimir Popow, który od wielu lat bada przyczyny konfliktów na Północnym Kaukazie, podkreśla, że trwająca w regionie wojna partyzancka ma podłoże religijne, społeczne i gospodarcze. Dodaje on, że występujące tam problemy należy rozwiązywać humanitarnymi metodami, a nie przy użyciu specnazu.

Głównym zadaniem Narodowego Komitetu Antyterrorystycznego jest koordynowanie działań federalnych i regionalnych organów władzy. Utworzono go 16 lutego 2006 roku na mocy dekretu prezydenta Władimira Putina. Na czele NAK stoi dyrektor FSB Aleksandr Bortnikow, a w jego skład wchodzą kluczowi ministrowie, szefowie służb specjalnych i Sztabu Generalnego Sił Zbrojnych FR, a także przedstawiciele Administracji Prezydenta i parlamentu.

(JM)

Sąd w Groznym zakazuje antyislamskiego filmu, który wywołał zamieszki w muzułmańskich krajach

Sąd w Groznym zakazuje antyislamskiego filmu, który wywołał zamieszki w muzułmańskich krajach
mint 28.09.2012 , aktualizacja: 28.09.2012 20:50
W Czeczenii rozpowszechnianie filmu o Mahomecie, przedstawiającego proroka jako oszusta i kobieciarza, jest od dzisiaj nielegalne. Prawdopodobnie w poniedziałek podobną decyzję podejmie sąd w Moskwie, a zakaz obejmie wtedy całą Federację Rosyjską
Chodzi o krótki, opublikowany na YouTubie film, który stał się przyczyną licznych zamieszek na Bliskim Wschodzie i w Azji. W krótkiej zapowiedzi filmu „Niewinność muzułmanów ” znalazły się sceny, w których ukazano proroka Mahometa jako oszusta i kobieciarza, pedofila i homoseksualistę.
Film stał się powodem gwałtownych protestów m.in. w Libii, Jemenie i Egipci e. Prawdopodobnie był on powodem gdzie doszło do ataku na konsulat USA w Bengazi. Zginął wtedy ambasador J. Christopher Stevens i trzech innych amerykańskich dyplomatów.
W piątek sąd federalny w Groznym podjął decyzję o zakazie rozpowszechniania filmu. W oświadczeniu wydanym przez czeczeńskiego ministra informacji podano, że sąd uznał film za „ekstremistyczny i wzbudzający religijną oraz etniczną nienawiść”. Minister poinformował, że decyzja sądu zobowiązuje władze do zapobiegania dalszego rozpowszechniania filmu.
Czeczenia to najważniejsza w rosyjskich republik kaukaskich, rządzona twardą ręką przez Ramzana Kadyrowa. Ma ona szeroką autonomię, a władze wprowadziły wiele elementów surowego muzułmańskiego prawa, na co Moskwa przymyka oczy. Ważniejszy dla niej jest bowiem spokój w Czeczenii niż uchwalanie, czasami sprzecznych z federalnym prawem, przepisów.
Jak podaje AP, podobny wniosek dotyczący zakazu ma w poniedziałek rozpatrzyć sąd w Moskwie. Wniosek złożył prokurator federalny. Rosyjski minister komunikacji ostrzegł, że jeśli Google’owi, czyli właścicielowi portalu YouTube, nie uda się zablokować dostępu do filmu, wówczas władze doprowadzą do blokady popularnego serwisu internetowego.
Rzeczniczka Google w Rosji Inessa Roman-Pogożelskaja powiedziała, że firma może ograniczyć dostęp do filmu, jeśli otrzyma stosowny nakaz od sądu. Google zablokował już dostęp do kontrowersyjnego nagrania w Libii i Egipcie, gdzie doszło do gwałtownych zamieszek, a także w Indonezji i Indiach, bo naruszał on lokalne prawo.
W liczącej ok. 143 mln mieszkańców Rosji mieszka ok. 20 mln wyznawców islamu.
http://wyborcza.pl/

gazeta.pl, mint 28.09.2012 , aktualizacja: 28.09.2012 20:50
W Czeczenii rozpowszechnianie filmu o Mahomecie, przedstawiającego proroka jako oszusta i kobieciarza, jest od dzisiaj nielegalne. Prawdopodobnie w poniedziałek podobną decyzję podejmie sąd w Moskwie, a zakaz obejmie wtedy całą Federację Rosyjską

Chodzi o krótki, opublikowany na YouTubie film, który stał się przyczyną licznych zamieszek na Bliskim Wschodzie i w Azji. W krótkiej zapowiedzi filmu „Niewinność muzułmanów ” znalazły się sceny, w których ukazano proroka Mahometa jako oszusta i kobieciarza, pedofila i homoseksualistę.
Film stał się powodem gwałtownych protestów m.in. w Libii, Jemenie i Egipci e. Prawdopodobnie był on powodem gdzie doszło do ataku na konsulat USA w Bengazi. Zginął wtedy ambasador J. Christopher Stevens i trzech innych amerykańskich dyplomatów.
W piątek sąd federalny w Groznym podjął decyzję o zakazie rozpowszechniania filmu. W oświadczeniu wydanym przez czeczeńskiego ministra informacji podano, że sąd uznał film za „ekstremistyczny i wzbudzający religijną oraz etniczną nienawiść”. Minister poinformował, że decyzja sądu zobowiązuje władze do zapobiegania dalszego rozpowszechniania filmu.
Czeczenia to najważniejsza w rosyjskich republik kaukaskich, rządzona twardą ręką przez Ramzana Kadyrowa. Ma ona szeroką autonomię, a władze wprowadziły wiele elementów surowego muzułmańskiego prawa, na co Moskwa przymyka oczy. Ważniejszy dla niej jest bowiem spokój w Czeczenii niż uchwalanie, czasami sprzecznych z federalnym prawem, przepisów.
Jak podaje AP, podobny wniosek dotyczący zakazu ma w poniedziałek rozpatrzyć sąd w Moskwie. Wniosek złożył prokurator federalny. Rosyjski minister komunikacji ostrzegł, że jeśli Google’owi, czyli właścicielowi portalu YouTube, nie uda się zablokować dostępu do filmu, wówczas władze doprowadzą do blokady popularnego serwisu internetowego.
Rzeczniczka Google w Rosji Inessa Roman-Pogożelskaja powiedziała, że firma może ograniczyć dostęp do filmu, jeśli otrzyma stosowny nakaz od sądu. Google zablokował już dostęp do kontrowersyjnego nagrania w Libii i Egipcie, gdzie doszło do gwałtownych zamieszek, a także w Indonezji i Indiach, bo naruszał on lokalne prawo.
W liczącej ok. 143 mln mieszkańców Rosji mieszka ok. 20 mln wyznawców islamu.

http://wyborcza.pl/

Marcin Komorowski: jestem w dużym gazie

6 wrz, 06:00

W powołaniach na najbliższe dwa mecze eliminacji mistrzostw świata w reprezentacji Polski tradycyjnie już pojawiło się trzech piłkarzy Borussii Dortmund, ale też po dwóch przedstawicieli Arsenalu Londyn, warszawskiej Legii i Tereka Grozny – wicelidera rosyjskiej Premier Ligi. Jednym z nich jest 28-letni obrońca Marcin Komorowski.

Selekcjoner Waldemar Fornalik interesuje się nie tylko Europą Zachodnią.
To chyba dobrze, że ma dokładne rozeznanie sporej grupy piłkarzy grających poza granicami Polski – mówi Marcin Komorowski. – Miło, że uważnie obserwuje też byłych kadrowiczów, nawet w jednym z wywiadów podkreślił wyraźnie, że przy powołaniach będzie się kierował wyłącznie aktualną formą zawodników. Ja w każdym razie czuję się w dużym gazie.

Dobrze żyje się z dala od kraju?
Na początku było ciężko, jak zawsze, gdy zmienia się miejsce zamieszkania i wchodzi w nowe otoczenie. Tak naprawdę poza futbolem musiałem uczyć się wszystkiego od podstaw. Poznawałem nowe miasta, partnerów z boiska, ale i wielu zwykłych ludzi, przyswajałem tutejsze zwyczaje i opanowywałem ich język. Dziś porozumiewam się już bez problemu i mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że nie żałuję decyzji o zmianie klubowej przynależności.

Grozny i Czeczenia kojarzą się głównie z wojną.
Mieszkamy w miejscowości oddalonej około czterysta kilometrów od Groznego, będącej w obszarze Rosji, więc nie jesteśmy narażeni na jakiekolwiek niebezpieczeństwo. Ale będąc z drużyną w Groznym, również nie odczuwamy zagrożeń. To brak wiedzy powoduje, że Czeczenia nadal dla wielu Europejczyków pozostaje synonimem działań wojennych. Zapewniam pana, że Grozny, a zwłaszcza jego centralna część, to całkowicie odbudowana, piękna aglomeracja, którą można porównać do wielu europejskich miast.

Żonie również się podoba w Rosji?
Owszem, chociaż obecnie przebywa w Polsce, z rodzicami. Wszystko z powodu oczekiwanego przez nas potomka, rozwiązanie powinno nastąpić w październiku.

Nie traci pan czasu, tym bardziej proszę przyjąć gratulacje. Podobno Stanisław Czerczesow nie za bardzo lubi Polaków?
Nieprawda. Mój obecny trener wypowiada się o Polakach z szacunkiem i uznaniem. Ceni nas za pracowitość, waleczność, również za dobroć i uczciwość. Jeszcze będąc bramkarzem Spartaka Moskwa, miał okazję w fazie grupowej Ligi Mistrzów zagrać przy Łazienkowskiej przeciwko warszawskiej Legii. Czasami wraca pamięcią do dawnych lat i podkreśla, że grając w zagranicznych zespołach, poznał kilku polskich piłkarzy. Szczególnie wysoko cenił umiejętności Jerzego Brzęczka, Piotra Nowaka i Radosława Gilewicza.

To dzięki trzem Polakom Terek tak dobrze spisuje się w tym sezonie rosyjskiej Premier Ligi?
Na boisko wybiega jedenastu piłkarzy, ale w kadrze meczowej jest nas osiemnastu i każdy chce grać, każdy twardo walczy o miejsce w wyjściowym składzie. Łatwo nie jest, bo oprócz Maćka Rybusa i Piotrka Polczaka w zespole mamy jeszcze kilkunastu Rosjan, trzech Brazylijczyków, Belga, Czecha, Bułgara, Ukraińca, Białorusina i napastnika z Czadu. Tworzymy, jak widać, wielonarodowościową konglomerację, ale rywalizacja daje dobre wyniki i to nie przypadek, że po sześciu kolejkach nowego sezonu mieliśmy tę samą liczbę punktów co lider rozgrywek – Zenit Sankt Petersburg.

Dogadujecie się bez problemów?
Niemal w każdym rosyjskim klubie występuje wielu obcokrajowców, dlatego na tutejszych boiskach dominują języki rosyjski i angielski.

Po przeprowadzce do Tereka pana wartość wzrosła do miliona euro, Rybus wyceniany jest już na trzy miliony. To pomaga wam w utrzymaniu wysokiej dyspozycji?
Pierwsze słyszę, ale ja nigdy nie zastanawiam się, kto ile jest wart. Wyznacznikiem wartości dla każdego piłkarza jest forma, jaką prezentuje aktualnie na boisku. W zespole Tereka nie ma też podziałów, na przykład na piłkarzy drogich i tanich. To zrozumiałe, że trzech Polaków tworzy własną małą enklawę, chociaż często dołącza do nas Belg Jonathan Legear.

W trakcie przygotowań do sezonu rozegraliście kilka trudnych spotkań kontrolnych, czuł pan już wtedy, że będziecie nadawać ton rosyjskiej ekstraklasie?
Bardzo mocno koncentrowaliśmy się na pracy wykonywanej na treningach, starając się wyeliminować wszystkie mankamenty w grze i jak najmniej błędów popełniać w ligowych meczach. Nikt z nas nie spodziewał się jednak, że będziemy równorzędnym rywalem dla Zenitu albo że wyprzedzimy Rubin Kazań i dwie moskiewskie ekipy – Spartak i CSKA. Ale wybiegamy na ligowe murawy, myśląc nie o miejscu, które zajmujemy, ale wyłącznie o wygranej, bez względu na poziom prezentowany przez przeciwnika. Mamy wspaniałe wsparcie ze strony sympatyków Tereka, władze klubu również nie szczędzą pochwał, ale też dają drużynie jednoznacznie do zrozumienia, czego od nas oczekują.

W Tereku każdy piłkarz może po udanym meczu dostać w prezencie luksusowy samochód?
Na razie przytrafiło się to Maćkowi Rybusowi, który zdobył dwie bramki w wyjazdowym meczu z Dynamem Moskwa. Pamiętajmy jednak, że tego samego dnia Ryba obchodził 23 urodziny i również z tej okazji prezes Magomed Daudow z polecenia właściciela klubu Ramzana Kadyrowa ofiarował mu czarnego mercedesa klasy E.

Może udałoby się namówić hojnego właściciela, żeby kupił jakiś polski klub ekstraklasy?
(śmiech) Przy najbliższej okazji ośmielę się go o to zapytać, ale jakby co, mogę ułatwić panu kontakt. Brazylijczyk Cleber, będąc w Groznym, też otrzymał kiedyś podobny prezent, chociaż on akurat poprosił o gotówkę. Maciej w każdym razie jest zadowolony i jeździ wszędzie swoim wspaniałym mercedesem.

Co się wydarzyło złego w zespole, że z Ałaniją Władykaukaz przegraliście 0:5?
Na pewno widział pan, ile było żółtych i czerwonych kartek w tym meczu. Zresztą on ewidentnie od początku nam się nie ułożył. Już w pierwszej minucie błąd popełnił nasz białoruski bramkarz. Źle obliczył lot piłki i musiał sfaulować rywala. W nagrodę zobaczył czerwoną kartkę, a rywale wykonywali rzut karny. Grając w osłabieniu, próbowaliśmy odrobić straty, ale tego dnia każdy nasz błąd był bezlitośnie wykorzystywany przez przeciwnika. Do przerwy straciliśmy cztery gole, po przerwie jednego. Było, minęło, na pewno nie zasłużyliśmy na tak dużą porażkę, ale zawsze powtarzam, że wolę raz przegrać 0:5, niż pięć razy przegrać po 1:0.

Czerczesow często zmienia ustawienie formacji defensywnej, bo gracie czterema, ale również trzema obrońcami. To nowy trend w rosyjskim futbolu?
Taktyka dobierana jest w zależności od rywala i najczęściej przeciwko słabszym drużynom szkoleniowiec decyduje się na ustawienie 4-5-1. W starciach z bardziej wymagającymi drużynami wzmacnia obronę i wtedy ja gram lewego stopera, Brazylijczyk Antonio Ferreira prawego, a do środka cofa się Czech Martin Jiranek. Dwóch bocznych obrońców podchodzi wtedy bardzo wysoko pod rywali, przed nami natomiast operuje dwóch defensywnych pomocników – Brazylijczyk Adilson i Bułgar Błagoj Georgiew. Na lewej pomocy biega Rybus, po przeciwnej stronie Rosjanin Igor Lebedenko, a z przodu na szpicy ciemnoskóry Ezechiel N’Douassel. Według mnie to bardzo ciekawe ustawienie, poznaję je dopiero i z każdym meczem będę czuł się lepiej. Dodam jeszcze, że Zenit w pierwszej kolejce rozgrywek zagrał podobnym wariantem ze Spartakiem i wygrał 5:0.

Kibicował pan Legii w pucharowym starciu z Rosenborgiem Trondheim?
Zawsze trzymam kciuki za mój były zespół. Oglądałem pierwszy mecz z Norwegami, ale również ligowe spotkania z Koroną Kielce i Bełchatowem. Na razie Legia prezentuje się całkiem nieźle.

Jest pan zaskoczony powrotem Jana Urbana do stolicy?
Wysoko cenię trenera Urbana i nie tylko dlatego, że ściągnął mnie do Legii. Później nasza współpraca różnie się układała, ale mogę mieć pretensję tylko do siebie, bo po kontuzji długo nie mogłem wywalczyć miejsca w pierwszym składzie. Większym zaufaniem obdarzył mnie Maciej Skorża, który wystawiał mnie na pozycji środkowego obrońcy. Opatrzność, jak widać, czuwała nade mną.

Jednak pech również pana nie opuszczał. Po towarzyskim meczu z Portugalią to kontuzja wyeliminowała pana z udziału w Euro 2012?
Ukraiński bramkarz Tereka Jarek Godziur wybiegł na przedpole do piłki, którą ostatecznie złapał, ale zatrzymał się na mnie. Doznałem zerwania więzadeł pobocznych i chociaż obyło się bez zabiegu, ostatecznie wypadłem z reprezentacji Polski. Było mi strasznie przykro, bo każdy piłkarz marzy, żeby uczestniczyć i przeżyć taką wspaniałą imprezę. Gorąco kibicowałem kolegom, ale wszystko ułożyło się tak a nie inaczej. Mówi się, że futbol jest nieprzewidywalny i każdy, nawet największy faworyt, może przegrać. Problem w tym, że coraz trudniej jest wygrywać, niemniej musimy się szybko pozbierać i myśleć już o eliminacjach mistrzostw świata w 2014 roku.

Nowy selekcjoner jest znany piłkarzom grającym poza granicami kraju?
Oczywiście, kto nie kojarzy Waldemara Fornalika? To jeden z tych trenerów, którzy mogą pochwalić się najdłuższym nieprzerwanym stażem pracy w Ekstraklasie. Doskonałą pracę wykonał w Ruchu, w którym sytuacja od zawsze była trudna ze względu na skromne możliwości finansowe chorzowskiego klubu.

Był pan zaskoczony powołaniem do reprezentacji?
Raczej, głównie ze względu na dobre samopoczucie, starałem się o powołaniach nie myśleć. Wolałem skupić się na codziennej pracy w klubie. Zaskoczony chyba jednak byłem, chociaż skłamałbym, mówiąc, że nie liczyłem się z powołaniem. Każdy z nas cieszy się z powołania do reprezentacji, Maciek również, chociaż jest już etatowym reprezentantem.

Podobał się panu sierpniowy mecz Biało-Czerwonych z Estonią?
Proszę wybaczyć, ale nie wypada mi oceniać kolegów, nie mam zwyczaju też publicznie wypowiadać się na temat gry reprezentacji. Na pewno szkoda straconego w ostatnich fragmentach spotkania gola, bo bezbramkowy remis odebrany byłby lepiej niż porażka. Nowy selekcjoner musiał kiedyś dokładnie przyjrzeć się swoim wybrańcom i podjąć kolejne decyzje personalne. Mówi się, że w październiku czeka nas najważniejszy mecz tegorocznych eliminacji, starcie z Anglią w Warszawie, ale żeby liczyć się w stawce, musimy wygrać najpierw z Czarnogórą i Mołdawią. W tym momencie każdy mecz ma najwyższą stawkę i obojętnie, z kim zagramy, musimy zdobyć komplet punktów.

Już pan wie, z kim będzie rywalizował w kadrze o miejsce w formacji defensywnej?
Nie zastanawiam się nad tym. Na pewno byłoby miło zagrać przeciwko Anglikom na Stadionie Narodowym, ale na razie skupimy się na Czarnogórcach i Mołdawianach. W Gdańsku na zgrupowaniu będziemy się ponownie poznawać, zgrywać, odnawiać fizycznie i psychicznie. Ja już wcześniej zacząłem się relaksować, bo za cztery żółte kartki wypadłem z kadry Tereka na mecz przeciwko Rubinowi Kazań.

Rozmawiał Piotr Wojciechowski

6 września, „Piłka Nożna”

Śmiercią groziły jej specsłużby i Kadyrow

16 grudnia 2010, tvn24.pl

- Anna Politkowska „nieustannie” otrzymywała pogróżki. Pogodziła się z tym, że może zostać zamordowana w każdej chwili – pisali amerykańscy dyplomaci z Moskwy. Z depeszy ujawnionej przez Wikileaks wynika, że główni podejrzani o zabójstwo dziennikarki to środowisko rosyjskich służb specjalnych oraz otoczenie moskiewskiego namiestnika Czeczenii – Ramzana Kadyrowa.

Informacje na temat pogróżek pochodzą z depeszy amerykańskiej ambasady w Moskwie, wysłanej do Waszyngtonu dwa dni po zabójstwie znanej dziennikarki.

Groźby i spekulacje

 

Według informatora dyplomatów, Politkowska miała być nieustannie bombardowana pogróżkami. Śmiercią straszoną ją za pośrednictwem telefonu, listów, e-maili i sms-ów. Dziennikarka miała się pogodzić z tym, że zostanie zamordowana – wynika z rozmów dyplomatów z rosyjskim informatorem. Politkowska zamknęła się w sobie i niewiele na ten temat mówiła.

Pogróżki miały pochodzić głównie z środowiska rosyjskich służb specjalnych i otoczenia Kadyrowa. Jednak jak zaznaczają dyplomaci, sam czeczeński przywódca niekoniecznie musiał o tym wiedzieć. W sprawie gróźb założono dwie sprawy w sądzie, ale nie doprowadziły one do wykrycia sprawców.

Jak pisali dyplomaci, Politkowska poprzez swoją pracę i ujawnianie niewygodnych dla władzy faktów między innymi o wojnie w Czeczenii, narobiła sobie wielu prominentnych wrogów.

mk//gak